„Na świecie ucisk mieć będziecie; ale ufajcie, jam zwyciężył świat” Jan 16,33
św. Jana z Maty, Wyznawcy [3 kl.]
Zawsze Wierni nr 1/2023 (224)

Włodzimierz Ziółkowski

Pochwała konwersacji

W ostatnim czasie zdarzyło mi się być w Wiedniu. Wraz z kolegą zwiedzaliśmy różne zabytki tego miasta. W jednym z kościołów w nawie bocznej zauważyliśmy otwarte drzwi. Ponieważ we wcześniej odwiedzanych miejscach spotykaliśmy się z bardzo przyjaznym przyjęciem, bez dłuższego zastanawiania się – weszliśmy.

Po niedługiej chwili natknęliśmy się na siostrę czy też inną zakrystiankę, która posługuje w tym kościele. Okazało się, że nasze naiwne założenie, że skoro drzwi są otwarte, to można wejść, było założeniem cokolwiek błędnym (wysoce prawdopodobne, że niechcący weszliśmy za klauzurę). Zarówno dla mnie, którego niemiecki jest nieco zaśniedziały, jak i dla kolegi, który tego języka nie zna wcale, było zupełnie jasne, że zrobiliśmy coś niewłaściwego w oczach tej niewiasty, bo jej reakcja nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości. Toteż tak szybko, jak byliśmy w stanie, opuściliśmy zaplecze owego kościoła. Czy to był klasztor, czy po prostu pomieszczenia parafialne, jest tu nieistotne. Zdarzenie to miało za zadanie zilustrować pewną tezę, którą chciałbym tu promować.

Dlaczego nie warto dyskutować w Internecie

W Internecie ludzie dyskutują w wielu miejscach, najczęściej pewnie w przeróżnych mediach społecznościowych. Z pozoru nie ma w tym nic złego, na poziomie moralnym co do zasady złe to pewnie nie jest. Kłopot jednak z tym, jak tego rodzaju dyskusje działają w rzeczywistości. Charakterystyczną cechą myślenia ludzkiego jest jego nie-ostateczność. W wielu kwestiach mówiąc o czymś, a wcześniej myśląc, nie jesteśmy w pełni przeświadczeni, że jest dokładnie tak, jak mówimy czy myślimy. Zjawisko to ma miejsce zwłaszcza w początkowych etapach kształtowania tego, jakie mamy zdanie na dany temat. Dynamika dyskusji internetowych często prowadzi jej uczestników do wypowiedzi na tematy, które nie stanowiły dla nich wcześniej przedmiotu namysłu. Niemniej zaangażowanie w tego rodzaju dyskusję prowadzi ich do formułowania twierdzeń w takich sprawach. Tak powstałe słowo, ponieważ zostało zapisane i opublikowane, zostaje jakby wyryte w kamieniu (oczywiście metaforycznie). Tak czy inaczej zaczynamy czuć, że to zdanie jest naprawdę „nasze”, i zaczynamy go bronić, zwłaszcza w razie pojawienia się napaści, oskarżeń itd. Może jednak być tak, że to, co napisaliśmy, było raczej naiwnym i banalnym produktem chwili. W ten sposób efemeryczna myśl zamiera, tak jak dobrze przemyślany traktat filozofa, a przecież na ogół jest daleko gorzej dopracowana, a o zaopatrzeniu jej w podobnie precyzyjną jak w wypadku dzieła filozoficznego argumentację można w ogóle zapomnieć.

Dalszym, choć wcale nie mniej ważnym, wyzwaniem związanym z dyskutowaniem w Internecie jest to, że tekst jest oderwany od normalnego kontekstu zwykłej ludzkiej interakcji. Rozmowa bowiem to nie tylko słowa. Składa się na nią wiele innych elementów, takich jak ton głosu, mimika, gestykulacja, poza ciała i tym podobne. Ograniczając się wyłącznie do pisania, pozbawiamy dyskusję większej części przekazu, jaki normalnie pojawia się w rozmowie.

Problemy związane z dyskutowaniem w Internecie można mnożyć. Media społecznościowe, gdzie odbywa się większość internetowych dyskusji, wykorzystują algorytmy, które mają na celu zwiększenie zaangażowania ich użytkowników (bo jest to ściśle związane z ich modelem biznesowym, ale to już temat na inne rozważania). Ponieważ najbardziej angażujące z perspektywy mediów społecznościowych są poglądy radykalizujące i skrajne, to tego rodzaju treści są przez nie promowane, wskutek czego wszelkie dyskusje stają się bardziej radykalne, niż byłyby w normalnych okolicznościach, a i my, jako ich uczestnicy, robimy się bardziej radykalni, często w głupi sposób. Wreszcie trzeba wspomnieć o tym, że względna anonimowość i pozorna nieszkodliwość interakcji w Internecie (chociażby z mniejszym ryzykiem stania się ofiarą fizycznej przemocy – wiąże się zwymyślanie kogoś na Facebooku niż na ulicy) powoduje, że w ludziach budzą się najgorsze instynkty i uruchamiają się najgorsze wzorce zachowań. Przypuszczam, że wielu Czytelników tych słów było świadkiem zadziwiającej metamorfozy względnie nieśmiałej osoby w potwora internetowego zaraz po tym, jak ta osoba dorwała się do smartfona czy klawiatury komputera w zaciszu swojego domu.

Ta smutna rzeczywistość dotyczy też bardzo często wypowiedzi, które – jakkolwiek publiczne – noszą pewne znamiona efemeryczności i prywatności. Politycy oczywiście przywykli do tego, że wszystko, co robią, przechodzi natychmiast do wiadomości całego społeczeństwa (zwłaszcza gdy chodzi o rzeczy najbardziej bulwersujące w ich postępowaniu), choć może nie każdy jeszcze pojął, jak wielką wagę przykładają ludzie do niektórych wypowiedzi rzucanych mimochodem na pokładzie samolotu. Na pewno natomiast względnie przeciętny zjadacz chleba nie przywykł jeszcze na ogół do tego, że w pewnym sensie dziś jest też w takim samym położeniu jak dwadzieścia parę lat temu byli wyłącznie politycy. Obecnie każde zachowanie i każda wypowiedź może się stać bombą, która oddali od siebie ludzi. Na przykład podczas kazania pewien ksiądz może powiedzieć coś nieco zbyt radykalnego, co jeszcze nie tak dawno trafiłoby do uszu wiernych i tam zostało (pod warunkiem oczywiście, że wierni by słuchali), natomiast dziś ta sama wypowiedź – nagrana – trafia do Internetu i tam może się stać powodem do narastania konfliktów i nieporozumień pomiędzy ludźmi, którzy w inny sposób darzyliby się nawzajem życzliwością.

Lepiej rozmawiać

Sposób prowadzenia dyskusji w Internecie można porównać z bombowym atakiem na Hiroszimę i Nagasaki, gdzie lotnicy zrzucający bomby nie widzieli twarzy swoich ofiar, a decyzja, którą podjęli, została wyegzekwowana we względnym zaciszu samolotu przelatującego wysoko nad ziemią. W zasadzie mogli oni nie dostrzec związku pomiędzy naciśnięciem przycisku, który zwolnił bombę, a śmiercią tysięcy ludzi. Czyn ten był wyrzucony ze wszystkich normalnych ludzkich skal. Był czymś bezdusznym w swej istocie. Zwykła rozmowa, nawet jeśli jest sporem, przypomina bardziej na poły rycerski pojedynek pilotów myśliwców sprzed kilkudziesięciu lat. Ludzie biorący w nich udział bardzo często widzieli twarz człowieka, z którym się ścierali, toteż po rozstrzygnięciu potyczki zwycięzca nierzadko lądował, aby pomóc przeciwnikowi wydostać się z wraku samolotu.

Podobnie normalna rozmowa czy normalna ludzka interakcja w zwykłej skali niezaburzonej przez media internetowe ma zupełnie inną dynamikę i o tyle stoi w diametralnej opozycji do współczesnych sposobów dyskutowania. Podczas rozmowy widzimy człowieka, z którym może nam się zdarzyć wejść w polemikę. Rozumiemy, że wiele rzeczy, które mówi, to tylko pewne przybliżenie tego, co naprawdę myśli, i że często dopiero wypracowuje swoje zdanie na dany temat. Widzimy też jego pozostałe zachowania, takie jak mimika i gestykulacja. Jest to o tyle ważne, że w normalnych okolicznościach te niewerbalne elementy konwersacji stanowią większość przekazu, który komunikuje nam rozmówca, czyli innymi słowy, wymiana myśli nie sprowadza się wyłącznie do warstwy semantycznej. Co więcej, normalna ludzka rozmowa stwarza przestrzeń do reagowania na bieżąco na wypowiedzi rozmówcy. Reakcja jednej strony powoduje kontrreakcję drugiej i co prawda może to prowadzić do eskalacji emocji, ale może też doprowadzić do ich ochłodzenia. W każdym razie do tego sposobu wymiany myśli jesteśmy znacznie bardziej przyzwyczajeni, żeby nie powiedzieć, że przystosowani, i tego rodzaju sytuacje znacznie łatwiej jest nam zrozumieć, a nawet jeśli się pokłócimy, to mamy większe szanse na obniżenie ogólnego poziomu radykalizmu po obu stronach wymiany zdań.

Wracając do nieoczekiwanego spotkania z wiedeńską zakrystianką, można powiedzieć, że w Internecie nie zrozumielibyśmy się w ogóle. Natomiast w obliczu jej niekłamanego gniewu to, co chciała nam zakomunikować, było aż nadto jasne. Z drugiej jednak strony, mimo posługiwania się tym samym językiem – w Internecie możemy być znacznie dalsi od wzajemnego zrozumienia się niż ja, mój kolega i owa Austriaczka na tyłach kościoła.