Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X
3. Niedziela po Wielkanocy [2 kl.]
Zawsze Wierni nr 6/2022 (223)

ks. Dominique Bourmaud FSSPX

Stabilność w życiu duchowym

Wielu czytelników medytowało z pewnością nad następującym ustępem Ewangelii wg św. Jana: „A ja prosić będę Ojca, i innego Pocieszyciela da wam, aby mieszkał z wami na wieki, Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi, ani go nie zna; lecz wy poznacie Go, bo u was mieszkać będzie, i w was będzie” (J 14, 16–17). To objawienie Chrystusa, który – razem z pozostałymi Osobami Boskimi – bierze w posiadanie duszę, rozbrzmiewa w nas nieustannie echem. Życie duchowe polega na możliwe najściślejszym i najdoskonalszym zjednoczeniu duszy z Bogiem. Jednak ideał ten, który wydaje się nam czymś nieskończenie odległym, nierzadko nas onieśmiela. Czyż nie ulegamy często nagłym zmianom nastroju i woli? Czy mówienie o odpoczynku nie jest nieco niewłaściwe, skoro mistrzowie życia duchowego mówią stale o walce i postępie? Cóż więc mamy zrobić z tym „domem” – z obecnością – Parakleta, aby „mieszkał z nami na wieki”?

Wędrówka przez życie

Życie chrześcijańskie – zgodnie z powyższymi słowami Zbawiciela – nie polega na nieustannym przechodzeniu od dobra do zła i od zła do dobra. Jest czymś stabilnym i trwałym. Człowiek nieposiadający żadnego solidnego fundamentu, którego życie jest nieustannym procesem prowadzącym od grzechu do pokuty i od pokuty do grzechu, ma uzasadniony powód do obawy, że cnota nigdy się w nim nie zakorzeniła. Kondycję takiego chwiejnego chrześcijanina, który służy dwom panom, którego Bogiem jest często jego brzuch, który upada, żałuje i ponownie upada, dobrze przedstawia modlitwa św. Augustyna:

Przed oczy Twoje, Panie, winy nasze składamy,
A karanie, które za nie odbieramy,
Przyrównywamy.

Jeżeli uważamy złości, któreśmy popełnili,
Mniej daleko cierpimy,
Niżeliśmy zasłużyli.

Cięższe jest to, czego się znamy być winnymi,
A lżejsze to,
Co ponosimy.

Karę za grzechy dobrze czujemy,
A przecie grzeszyć
Poprzestać nie chcemy.

Pośród plag Twoich niedołężność nasza wielce truchleje,
Wszakże w nieprawościach
Żadna się odmiana nie dzieje.

Umysł w utrapieniem srodze ściśniony,
A upór w złem
Trwa nic nie poruszony!

Życie w uciskach prawie ustaje,
Złych jednak nałogów swoich
Nie poprzestaje.

Jeżeli nawrócenia łaskawie czekasz, my się nie poprawujemy;
Jeżeli sprawiedliwie karzesz,
Wytrwać nie możemy.

Wyznajemy z płaczem w karaniu, czegośmy się dopuszczali,
A po nawiedzeniu zapominamy,
Czegośmy dopiero płakali.

Gdy miecz Twój na nas podniesiony trzymasz, wieleć obiecujemy,
A skoro go spuścisz,
Obietnic wykonać nie chcemy.

Kiedy nas karzesz, prosimy, abyś się zmiłował!
A gdy przestaniesz, pobudzamy Cię znowu,
Abyś nam nie folgował.

Oto nas masz, korzących się Tobie, Wszechmogący Boże!
Wiemy, i jeżeli miłosierdzie nie odpuści,
Sprawiedliwość słusznie nas zgubić może.

Racz nam tedy dać, o co żebrzemy, lubośmy nie zasłużyli,
Któryś nas z niczego stworzył,
Abyśmy Cię prosili.

Święty Augustyn, którego młodość ilustruje wewnętrzną walkę między łaską a grzechem, ukazuje w tej przejmującej modlitwie wzloty i upadki duszy niezdobytej jeszcze ostatecznie przez Boga. Czyż nie jest to los wielu dusz chrześcijańskich, które starają się zrzucić „starą skórę”? W chwili gdy łaska zaczyna przeobrażać duszę, walka daleka jest jeszcze od zakończenia. Gdyby nikt nie mógł ponownie utracić Bożej łaski, ustanowienie przez Chrystusa specjalnego sakramentu pokuty nie miałoby sensu.

Wciąż mogą mieć miejsce upadki grzechowe, istnieje jednak na nie lekarstwo. Jezus Chrystus nie ograniczył w żaden sposób udzielonej przez siebie władzy kluczy: „Cokolwiek zwiążecie […], będzie związane […], a cokolwiek rozwiążecie […], będzie rozwiązane” (Mt 18, 18). Oczywiście przechodzenie ze stanu łaski do grzechu i od grzechu do stanu łaski nie jest bynajmniej czymś rzadkim. Czy w samym Piśmie Świętym nie znajdujemy licznych tego przykładów? Św. Piotr był sprawiedliwy, kiedy Pan Jezus powiedział do niego oraz pozostałych apostołów „Jesteście czyści”, a jednak niewiele później zaparł się swego Mistrza. Z pewnością nawrócił się, płacząc gorzko, gdy padło na niego spojrzenie Zbawiciela. Także św. Tomasz nie chciał uwierzyć w zmartwychwstanie Chrystusa, zanim nie został przekonany przez Jego objawienie się zgromadzonym wspólnie apostołom.

Wydaje się, że dopuszczając częste upadki, Bóg pragnie uzmysłowić duszy jej słabość. Pomimo faktu, iż w życiu sytuacje takie powtarzają się często, powinniśmy mieć świadomość, że ów niespokojny etap, choć rozstrzygający dla przyszłego życia, nie jest normalnym stanem duszy. Wszystkie te wahania świadczą o braku silnej cnoty. Celem tych zatrważających doświadczeń jest w istocie utwierdzenie duszy w pokorze, nieufności względem siebie i ufności do Boga. Trwałe zakorzenienie w cnocie oznacza koniec owych prób i powinniśmy dążyć do osiągnięcia tego stanu stałości i stabilności. Duszo chrześcijańska, poprzez upadki poznałaś dobrze własną słabość. Nie zniechęcaj się potknięciami, idź naprzód i ucz się na swoich błędach. Piotr uległ słabości jedynie przez krótką chwilę, aby nauczyć się stałości i wytrwałości. Po ustaniu burzy, jego życie cechował spokój i pełne oddanie sprawie Chrystusa.

Kontemplacja i działanie

Można jednak wysunąć jeszcze inne zastrzeżenie wobec określania doskonałości jako spokojnego posiadania Boga. Czy może to być prawdą, skoro prawdziwe życie wymaga tyle walki i nieustannego postępu? Na czym ostatecznie polega doskonałość chrześcijańska: na odpoczynku czy na pracy? Dylemat ten przedstawia doskonale o. Faber w swej książce Growth in Holiness. Rozważając, co stanowi główną przeszkodę dla postępu duszy w doskonałości, wskazuje na „gorączkowe i popędliwe działanie, zwane przez św. Franciszka Salezego «zaspieszeniem»”1. Pośpiech ten, jak pisze:

psuje wszystko, do czego się wmiesza, i osłabia to, co jest najbardziej Boskie w naszych ćwiczeniach duchownych. Mąci działanie łaski. Rozprasza owoce sakramentów świętych. Powoduje nieład, zaniedbanie i brak zadowolenia w zajęciach codziennych, które nawijają się pod rękę bezładnie od rana do nocy, depcząc sobie po piętach i krzyżując się wzajemnie.

Czy zatem nie powinniśmy postrzegać duchowości jako diametralnego przeciwieństwa współczesnego życia? Czy doskonałości nie powinniśmy szukać w archetypie tych, których

dzień jest przestronny i niezatłoczony tysiącem obowiązków, spokojny i uporządkowany, gdzie wszystko jest schludne i na swoim miejscu ustawione, [a] ćwiczenia duchowe będą nieliczne, lecz pilnie odbywane, spokojnie, w swoim czasie?

Na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać. A jednak to chodzenie w górę i w dół po wygodnym tarasie, jak to zwykli czynić mnisi, wydaje się opierać raczej na martwym poziomie pobożności niż na autentycznym życiu chrześcijańskim. Wielcy mistrzowie duchowości nigdy nie przedstawiali życia duchowego jako czegoś statycznego, opierającego się na duchowym płaskowyżu, ale raczej jako nieustanne i wymagające wysiłku wstępowanie na Boże wyżyny.

Warto tu wspomnieć, że św. Tomasz z Akwinu, porównując życie aktywne i kontemplacyjne, stwierdza zgodnie z tradycją, że w odróżnieniu od Marty, która uosabia życie aktywne, „Maria najlepszą cząstkę obrała, która od niej odjęta nie będzie” (Łk 10, 42). A jednak, co może zaskakiwać, ten sam św. Tomasz dodaje, że doskonałym stanem życia jest taki, który najlepiej naśladuje Chrystusa Pana, prowadzącego życie będące połączeniem kontemplacji i działania. Niezależnie od działalności nauczycielskiej podczas dnia, nocą apostołowie często widzieli Go pogrążonego w modlitwie.

Wiemy wszyscy, że niektóre z najwybitniejszych dusz kontemplacyjnych prowadziły równocześnie niezwykle aktywną pracę apostolską. Św. Jan od Krzyża głosił nauki na całym Półwyspie Iberyjskim, szerząc słowo Boże i propagując nową regułę karmelitańską. Podobnie było w przypadku św. Teresy z Ávili, prawdopodobnie największej mistyczki w historii, która założyła zgromadzenie karmelitanek bosych, przywracając mu pierwotną regułę kontemplacyjną. Sama przyznawała, że przemierzając cały kraj i zakładając swe fundacje, była bardziej narażona na niedoskonałości, niż przebywając w klasztorach. Nie przejmowała się tym jednak! Zdawała sobie sprawę, że Chrystusowi były milsze jej podróże i fundacje, niż gdyby pozostała w klauzurze klasztoru św. Józefa w Ávili. Bardziej nam współczesny Dom Chautard, który jako opat klasztoru trapistów zmuszony był zajmować się licznymi problemami materialnymi swego zakonu, odczuł w pewnym momencie, że w jego życie duchowe zaczyna się wkradać rutyna i powierzchowność. Bóg postawił jednak na jego drodze gorliwego kierownika duchowego, który polecił mu modlić się dwa razy więcej właśnie dlatego, iż był on dwa razy bardziej zajęty przyziemnymi obowiązkami. Owocem doświadczeń Dom Chautarda jest jego dzieło Życie wewnętrzne duszą apostolstwa, w którym uczy nas on, że modlitwie należy dawać pierwszeństwo przed osiągnięciem celów doczesnych, a kontemplacji przed działaniem.

Idealny stan duszy

Nie ulega wątpliwości, że pod względem życia duchowego św. Jan Ewangelista stanowi skrajne przeciwieństwo św. Pawła, Apostoła Narodów, którego żarliwa natura – połączona z potężną łaską nawrócenia – nie była w stanie pozostać długo w jednym miejscu. W odróżnieniu od niego św. Jan był człowiekiem spokojnego usposobienia oraz bogatego życia modlitewnego, odczuwającym pociąg do odosobnienia. Wpłynął na to bez wątpienia fakt, że miał pod swą opieką Matkę Zbawiciela, z którą rozmowy musiały stanowić obfitą pożywkę dla jego rozważań. Tej zażyłości z Maryją oraz osobistym doświadczeniom umiłowanego przez Pana apostoła, który spoczywał na Jego łonie podczas Ostatniej Wieczerzy, zawdzięczamy głęboki wstęp do napisanej przez niego Ewangelii oraz wspaniałe wizje apokaliptyczne.

Mówi się, że usposobienie duszy znajduje wyraz także w stylu oraz słownictwie autorów duchowych. Przykładowo św. Paweł pisze wiele o zapasach, wyścigach i zdobywaniu nagrody, oraz o tym, że miłość Chrystusowa ponagla nas. Jego styl, niespokojny i namiętny, doskonale oddaje problemy, z jakimi musiał się mierzyć podczas swego zawiłego i burzliwego życia apostolskiego, podczas gdy styl św. Jana odzwierciedla jego stateczny charakter i spokojne otoczenie. W jego pismach pojawia się często czasownik manete – pozostawać, mieszkać. Można w nich usłyszeć echa stałego, niemalże wiecznego, stanu duszy, zamieszkania Boga pośród nas; są to terminy wyrażające raczej statyczny niż dynamiczny element świata duchowego.

Manete wydaje się być również stosownym terminem na opisanie stanu duszy członków Kościoła po zesłaniu Ducha Świętego. Nie ulega wątpliwości, że kiedy Zbawiciel wypowiadał te słowa do wybranych przez siebie apostołów, miał przez to na myśli, że będą się oni cieszyć stałą obecnością Boga i pozostawać pod Jego opieką. To samo miał na myśli psalmista, kiedy pisał: „Pan twierdza moja i ucieczka moja […] ochrona moja i róg zbawienia mego, i obrońca mój” (Ps 17, 3). Pięćdziesiątnica była dla nich prawdziwym chrztem ogniem. Udzieliła im pełni Ducha Świętego oraz zrozumienia ich misji jako nauczycieli i kierowników owczarni. Zostali dosłownie „ugruntowani” w Bogu, stając się dwunastoma filarami Jego Kościoła. Mieli czerpać z Jego mądrości i mocy. Otrzymali Jego siłę. Jego nieskończona mądrość i doktryna, stanowiły dla nich niezniszczalną tarczę przeciwko przyszłym herezjom. Zyskali udział w niewymownej miłości pomiędzy Osobami Trójcy Przenajświętszej, która uczyniła ich nieczułymi na ataki świata. To właśnie – jak sądzę – mamy na myśli, mówiąc, że po zesłaniu Ducha Świętego apostołowie zostali utwierdzeni w łasce.

„[…] niedaleko jest [On] od każdego z nas. Albowiem w nim żyjemy, i ruszamy się, i jesteśmy” (Dz 17, 28). Bóg jest nam bliższy niż my sami dla siebie nawzajem. I to właśnie ta obecność, ta bliskość i łączność, stanowi fundament naszej stabilności. Mamy silną ufność, że On nas nie opuści, o ile my sami nie opuścimy Go pierwsi. Wiemy, że zakorzenieni w Chrystusie jesteśmy niepokonani.

Za „The Angelus”, styczeń 2017 (dostęp: 29.08.2022), tłumaczył Tomasz Maszczyk.

Przypisy

  1. Wszystkie cytaty za: o. F.W. Faber, Postęp duszy czyli wzrost w świętości, Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1935.